|
środa, 16 maja 2012
W Foshan, niedaleko Kantonu, juz otwarta, wlasnie dzisiaj, tj 15-go kwietnia, bo u mnie jest nadal 15-ty. Niestety, nie bylem na otwarciu, jestem daleko, ale dostalem kilka zdjec z otwarcia. Najlepsze gratulacje za kawal dobrej roboty i propagowanie Polski. Do zobaczenia w Sarmatii.
niedziela, 01 kwietnia 2012
Chinczycy produkuja rozne pojazdy, coraz czesciej takze elektryczne, wybor jest ogromny, zobacz na zaprzyjaznionym blogu. http://raportzpanstwasrodka.blog.onet.pl/8,0,0,album.html Nam tez wpadlo aby sprowadzac je do Polski. Zrobilismy portal, zaczelismy oglaszac. Nie bylo jednak wystarczajaca duzo konkretnych checi wspolpracy, ale mnostwo "ciekawych" propozycji - jeden utkwil mi w pamieci. Dostalem "caly w skowronkach", podescytowany e-mail, ze mnie znalazl i ma projekt dla mnie. Chcialby kupic trojkolowy elektryczny rydwan czy riksze, ale nie moze byc szersza niz 60 cm, bo takie nie wymagaja rejestracji. Nie musi szybko jezdzic, ale musze zrobic silniejsza konstrukcje, gdyz chcialby ciagnac podobna przyczepke. On juz zaczyna zbierac pieniazki na to i jak szybko sie uwine, to moze jeszcze w tym roku wybierze sie nad morze. A jeszcze jedno - siedzenie musi byc troche szersze, gdyz on ma 120 kg. Podpisane Mily Misiaczek. Ups, moga byc problemy, co odpisac? Przypomina mi to Radosny Gierkoszizm gdy starano sie zmodifikowac Fiata 126P aby mogl ciagnac 5-tonowa przyczepe kampingowa. To ma byc pewnie pociag Misiaczkow - z tylu pani Misiaczkowa, pewnie takze pelnotlusta w okolicach 120 kg, ale wieksze gabaryty, statystycznie jeszcze po jednym Misiaczatku i Misiaczetku, razem liczmy okolo 417 kg, nie liczymy juz kotka i pieska, a kanarek, chociaz na smyczy, bedzie sam fruwal. Moze to jakis malolat czy dowcip? Alez nie, pan Misiaczek ma na grzbiecie kilka krzyzykow, na maly cmentarzyk juz wystarczy. Nie napisal nad jakie morze sie wybiera, polskie czy inne? Za czasow mojej mlodosci elita jezdzila do Zlotych Piaskow, teraz to Lazurowe Wybrzeze albo do Hispanii, trzeba mu wytlumaczyc aby nie jechal przez Alpy. Zdecydowalem nie odpisywac, moze zrozumie. Mialem kiedys podobny przypadek jak importowalem do USA duze rozkladane fotele biurowe. Kobita otrzymala, zadowolona, ale dzien pozniej dzwoni ze syn sie rozparl i fotel sie rozpadl. O wciornosci pomyslalem, Zoltki znowu wcisneli mi bubel - niech kobita przywiezie do magazynu i zwrocimy jej forse. Przyjechala, oddala zlamany fotel. Ale przy okazji jej synus sloniatko wyszedl z samochodu, 150 kg zywej wagi - niestety, forse juz oddalem. Tym razem nie bede ryzykowal. Ale Misiaczek nie dawal za wygrana, Przyslam "zdererwowany i szorski" e-mail, jaki to ja jestem be, ze nie odpowiadam na jego biznesowe propozycje. Co mam mu powiedzec, ze to inna planeta? ze mamy tutaj grawitacje, a on o swoja to nie dba. Grzecznie odpisalem ze importem elektycznych skuterow juz sie nie zajmujemy, dalem mu kontakty na alibaba.com, moze sam znalezc kogos. Biedny pan Misiaczek poplakal pewnie na duzej i obficie jedrnej a pelnej piersi pani Misiaczkowej, a Misiaczeta poslaly mi kilka fakow i sprawa sie zakonczyla. Tym razem koniec , ale innym razem to ciagnelo sie dlugo. Jakis "polski biznessmen" chcial abym przyslal mu kontener z jakims tam produktem, na probe, pozniej kupi wiecej. Jak nie dostal, to opisal wszedzie gdzie sie dalo, ze on juz bylby milionerem, ale ja jestem taki bebe.
piątek, 23 marca 2012
Kilka lat temu duza firma spedycyjna proponowala mi stworzenie w Delcie Rzeki Perlowej duzego centrum logistycznego, gdzie amerykanscy kupcy mogliby wysylac wszelkie zakupione towary w Chinach - ta firma przesylala by je w swoich kontenerach da USA i pozniej rozsylala po calych Stanach - logistics to ich glowny bizness - cos jak FeDeX Freight, wszystkie towary, nie tylko malogabarytowe. Mimo ze proponowali bardzo dobra pensje odrzucilem ta propozycja -wtedy zajety bylem rozbudowa swojej firmy. Troche pozniej chcialem kupic z 20 ha i wybudowac kilka ogromnych magazynow i wynajac podobnej firmie z USA - niestety, w miedzyczasie chinski rzad zmienil plany i przestal sprzedawac ziemie na kredyt - na start trzeba bylo wydac kilka milionow i plan padl. Padl, gdyz w nastepnych latach nastapil 7-krotny wzrost cen gruntow, oni wiedzieli ze to nastapi. Chinczycy maja jednak bardziej dlugotermonowe plany. Istnieje przekonanie, ze wszystko co chinskie, to jest malowartosciowe, tanie i bardzo zlej jakosci - duzo krajow przeszlo przez ta faze. Niedlugo po wojnie wszystko co japonskie, mialo podobna etykiete (zreszta uzasadniona, pierwszy japonski samochod wystawiony na jakiejs europejskiej czy amerykanskiej wystawie, po prostu sie rozpadl) - teraz japonski produkt to jeden z najwyzszych jakosci; pozniej byl Tajwan, nastepnie Korea, teraz jest czas na Chiny. Oczywiscie, Chiny produkuja duzo smieci ktore juz w transporcie sie psuja, ale takze mozna dostac (za wyzsza cene) produkty najwyzszej klasy - europejscy producenci najlepszych marek czesto nie moga poznac czy to jest ich originalny produkt, czy tez chinska podrobka. Ale do rzeczy. W Arizonie, kilkaset km od portu w Los Angeles gdzie przyplywaja statki z kontenerami z Chin, Chinczycy kupili kawal pustyni, kilka tysiecy hektarow i tworza Male Chiny. Ta informacja jeszcze nie jest publikowana, znam to od znajomej z Phoenix. Na poczatek Chinczycy buduja kolej, ktora beda dowozili swoje kontenery bezposrednio z Chin. Czyli za kilka lat z rynku amerykanskiego moga zniknac produkty Made In China, beda tylko Made in USA. Beda one produkowane w Chinach, ale w czesciach przywozone do USA chinskimi statkami i w chinskich kontenerach, skladane w USA przez male chinskie raczki napedzane ryzem sprowadzanym z Chin i z metka Made in USA, wyprodukowana oczywiscie w Chinach. Amerykanskie to beda tylko woda i slonce - niekiedy takze blask ksiezyca, bo Chinczyk jak jest praca i mozna zarobic, bedzie pracowac takze w nocy - a przespi sie kilka godzin pod stolem w pracy. Cena oczywiscie bedzie juz zblizona do amerykanskiej. Podobnie juz sie robi z amerykanskimi samochodzami. Oblicza sie ze 60% Forda jest zrobiona w Chinach. Czytalem kiedys o 5 miliardowym kontrakcie Forda na chinskie czesci. Mamy w Chinach amerykanski flagowy Lincoln, chinskie drogi daly mu rade i cos sie tam zepsulo w kole - potrzebna czesc do wymiany byla latwiej dostepna i tansza w Chinach niz w USA, a tych samochodow nie widzi sie na chinskich drogach. W Europie, we Francji powstaje fabryka samochodow produkowanych przez chinska firme, kupili jakas tam upadajaca europejska marke. Zatrudnieni beda tylko Chinczycy, samochod bedzie Made in EU. Jedna duza chinska firma odziezowa przenosi swoje zaklady do Egiptu - bedzie Made in Egipt, tam pracownik jest juz tanszy niz w Chinach, ale wlasciciel firmy to Chinczyk. Ach, te Chinczyki, otaczaja nas z kazdej strony. W kwietniu przyjezdza do Polski rzadowa delegacja z Chin, a po co?? Kupia troche polskich obligacji, ale przede wszystkim przyjezdzaja aby przekonac narod polski ze ma wiecej kupowac chinszczyzny, tak jest zawsze i wszedzie. Polacy sie bogacza, wiec niech takze wydadza i kupia czesc Chin, a najlepiej ta padajaca czesc. Juz Pawlak jest na uslugach i uruchomil portal Go China - gdzie podgrzewa sie stare chinskie kotlety, ktorych juz Chinczycy nie chca, moze kiedys napisze o tym.
wtorek, 13 marca 2012
Wies Poyue, 30 km na polnoc od miasta Bama na drodze 206 w prowincji Guangxi na poludniu Chin, stad 20 minut drogi do pieczary. Wejscie okupowane przez starszych drzemiacych, grajacych w majong czy w karty, gdyz bilet wstepu dosc drogi, jak pamietam 120 rmb. Podobno tutaj w okolicy tej pieczary jest najwyzsze stezenie ionow, dochodzace nawet do 70000/cm3. Co pisza inni. http://www.massageprofessionals.com/forum/topics/china-bama-longevity-village "Bama longevity village in China.There are many more than 100 years old persons there. The longevity member is the first in the world. It's wonderful with high geomagnetism, clear air, with oxygen ions 30000-50000/cm3, microelements and micro cluster water, 100% green foods. No Cancer, no angiocardiopathy, no diabetes, no pain, no fat person and die without any illness. The diseases will be disappeared if you stay there about 6 months. That's a paradise place." Niektorzy sa sceptyczni, czyzby marketing tricks aby sciagnac jak najwiecej turystow?. No trudno, tez zlapalismy tego bakcyla, juz sie zaczepilismy w Bama, teraz szukamy cos lepszego, tj szukamy swojej jaskini. Ale jak w Chinach, nawet poletko wielkosci trumny musi cos produkowac, wiec sie najpierw podbudowuje kamieniami aby bylo plaskie i sadzi warzywa czy trzcine cukrowa. Jaskinie takze, wydzierzawia sie takim, ktorzy zainwestuja i zrobia z tego atrakcje i bedzie przynosila zysk. Jak potrzeba, zatapia sie ja aby turysci mogli za slona oplata poplywac lodka i co pod woda juz jest bezpowrotnie stracone. To samo sie dzieje przy budowie drogi - wszystko idze na przemial. Stalaktyty i stalagmity niekiedy jeszcze mozna znalezc na bazarach, ale coraz mniej. Ponizej kilka pieczar ktore byly po drodze. Niedaleko w poblizu jest jaskinia, ktora ma 30 km, trzeba na nia zarezerwowac caly dzien, nastepnym razem. Jest kilka innych, trzeba porozmawiac z soltysem i byc moze dorzucic sie do budowy drogi, bo dojazd do wsi bardzo kiepski. W tej pieczarze mieszka bezdomny ze swoimi kozami Troche jarmarcznie, ale Chinole to lubia Chinczycy zawsze szukaja podobienstwa do czegos i ta formacja przypomina im ... , napewno nie dziewicy.
niedziela, 11 marca 2012
Bama jako atrakcja turystyczna robi sie w Chinach bardzo popularna - rzad chinski reklamuje to na potege, widzialem ogloszenia w Hong Kongu. Bylismy juz dwa razy w Bama w Guangxi, w jej centrum Bapan - na 540 mieszkancow tej wioski 7 ma ponad 100 lat, najstarszy 114 - dziadek chodzi sam bez laski, takze po schodach.
http://www.osrodekterapiinaturalnej.pl/index.php5?show=artykul&idKat=2&idArt=74&lang=_pl
http://www.google.com.hk/search?q=%E4%B8%AD%E8%84%89%E5%B7%B4%E9%A9%AC&oe=utf-8&rls=org.mozilla:en-US:official&client=firefox-a&um=1&ie=UTF-8&hl=zh-CN&tbm=isch&source=og&sa=N&tab=wi&ei=Qj5gT9uwJ4OViAe9tNnqBw&biw=990&bih=659&sei=RT5gT5CDJISjiAejmajVBw,
http://www.google.com/search?q=Ha+Long&oe=utf-8&rls=org.mozilla:en-US:official&client=firefox-a&um=1&ie=UTF-8&hl=en&tbm=isch&source=og&sa=N&tab=wi
sobota, 10 marca 2012
Tym razem do Bama pojechalismy samochodem. Daleko i nie wiadomo jakie beda drogi, wiec glupota byloby jechac naszym Lincolnem limo czy Jeepem, wyybralismy nasz najmniejszy, pali troche powyzej 5 litrow na 100 km. Aby bylo wiecej miejsca, wyjelismy tylne siedzenia. Chinczycy maja zwyczaje zasypiac wszedzie, zawsze, szybko i w kazdej pozycji, wiec wygoda dla Kacy, a ja bede szofer. Przed nami 860 km, wg Googla to 12 godzin drogi, najczesciej autostada G80, tylko ostatnie 80 km przez gory droga krajowa, darmowa. Wyjechalem o 6-tej rano, aby zdarzyc dojechac przed noca. Najczesciej przed wjazdem na autostrade bierze sie karte i placi przy zjezdzie. Nie spieszac sie, jechalem 100-120/godz, droga az dziw calkowicie pusta, czyzby taka recesja?, dopiero pozniej znalazlem przyczyne. Co 30-50 km sa stacje benzynowe i restauracje - ale to nie ta klasa. Zarlodajnie bardzo proste, nieprzytulne, prymitywne, czesto duze hale, aby tylko szybko zjesc i dalej nawijac km. Nic dziwnego ze czesto kierowcy staja na drodze i sikaja na barierki. Nie ma tego co w Europie gdzie mozna wypic kawe i troche odpoczac. Wieksze miasta jak Nanning maja objazdy tzw, Rings, Pekin i Shanghai ma ich chyba 7, nie ma sensu wjezdzac do miasta. Nudno, dlugo, ale dojechalem. Byl troche bol z tylu na dole gdzie plecy traca swa szlachetna nazwe jak przyszlo zaplacic kilkaset za autostrade, kosztuje to 0.40-0.50 rmb za km (dziel na polowe na zlotowki). Jest jednak sposob aby tego uniknac. Wiekszosc tych zarlodajni na autostradzie maja lokalne drogi dojazdowe dla personelu i dowoz materialow. Najczesciej sa tam bramy, niekiedy sa otwarte, trzeba tylko wyjechac i wjechac na autostrade na nastepnym wjezdzie juz z nowa czysta karta. Troche strata czasu, ale mozna duzo zaoszczedzic. Nie robilem tego, ale praktykowalo sie to w Hameryce - pamietam nasze biedne poczatki. Czlowiek byl mlody, chcial swiat zobaczyc, a forsy brak, wiec trzeba bylo kombinowac. W Chinach nawet ryby biora, wiec jak brama bedzie zamknieta, trzeba znalezc ciecia z kluczami i cos tam zaoferowac - paczke papierosow czy troche forsy, powinien sie zgodzic aby wypuscic. A jak nie? co za strata, zapytac mozna. Wzielismy samochod, bo musielismy troche po Bamie pojezdzic. Jest duzo autobusow, ale nie wszedzie i zawsze, a mielismy tylko tydzien czasu - sama droga to dwa dni plus. Troche przygod bylo - raz byl wypadek i droga byla zablokowana na kilka godzin, wiec zawrocilismy. Inna droga byla w budowie - polozony byl beton tylko kawalkami, a na przejezdnej czesci ciezarowka sie rozkraczyla - musielismy budowac wjazd i zjazd na ten beton, a nasz maly samochodzik mial niskie zawieszenie. Ale bylo fajnie, mozna bylo zobaczyc jak lokalni zyja Powrot chcialem juz po "polskiemu", zaoszczedzic i jechac darmowa droga krajowa G323, G324. A ze na tych drogach sa czesto radary, wiec trzeba bylo nasz samochodzik uswinic, wybrudzic, aby radary nie mogdy zrobic zdjec rejestracji - mam nadzieje ze jeszcze nie maja kamer 3-wymiarowych i nie potrafia odczytac numerow spod warstwy blota. Juz w pierwszym miasteczku, jak poszlismy do banku po troche pieniedzy - jak wrocilem juz bylo 4-rech policmajstrow i czyscilo tabliczke aby zrobic sobie pamiatkowe zdjecie. Ale biala twarz ma nadal moc, dali sie przekonac i obeszlo sie bez mandatu - ale na zapas przygotowalem sobie kubek na blotko i chlapalem nim tabliczki. Na drodze sa tez kontrole - tylko raz glina nas zatrzymala - ale mialem prawie pusty bak wiec przekonalem ich ze wymyje auto na najblizszej stacji benzynowej, oczywiscie nie. Bez GPSu to bysmy pewnie nie dojechali. Maja madrze zaprogramowane, prowadzi dokladnie, mowi gdzie jest ograniczenie szybkosci, gdzie bedzie radar, ze jade za szybko, gdzie bedzie objazd, moze nawet opowiada dowcipy, nie sprawdzalem. Wiec teraz chinska glina ma komplet moich ladnych zdjec, bo za kazdym razem przed zdjeciem pokazywalem im jezyk. Droga powrotna zajela nam 20 godzin samej jazdy. Przespalismy sie w przydroznym hotelu - nowy, dosc nowoczesny, ale restauracja to jak dworzec kolejowy, tylko zjesc i lulu spac. Nawierzchnia drog byla najczesciej dosc dobra, mozna bylo jechac 80-100, ale niekiedy jazda 20km/godz to juz samobojstwo. Szczegolnie gdy gdzies w poblizu byly cementownie czy kamieniolomy - dziury w drodze po osie, na dodatek na srodku drogi zgubione kamienie wielkosci duzej dyni, trzeba bylo dobrze lawirowac. Bylismy dosc obciazeni, wiec tylko jedna guma. Tutaj juz bylo duzo samochodow ciezarowych - one omijaja autostrady. Jazda byla ciekawsza niz autostrada. Niestety, zadnych atrakcji, wszedzie brud, zbieracze smieci mieliby ogromne pole do popisu. Np. miasto Nanning, stolica Guangxi, ktos tam na Internecie sie nim zachwyca. Drzewa i krzaki wokol az biale od kurzu, pewnie kazdy mieszkaniec ma 5 kg nadwagi - to tylko kurz ktory wchlonie. Na dodatek stada ciezarowek rodem z radzieckiego wojskowego demobilu lub dar wujka Jozefa dla dziarskiego narodu chinskiego - kazdy z czarma zaslona dymna za soba. Oczywiscie wszystkie sa chinskiej produkcji, ale kto tam by dbal o czystosc. Poza zabudowaniami juz bylo ciekawiej. Setkami km, nawet na malych skrawkach poletek sadzi sie trzcine cukrowa czy sa plantacje bananow. Czesc wiec drogi kilometrami stoja traktory i ciezarowki z dostawa trzcini do cukrowni, nic dziwnego ze cena cukru idzie w dol. Duzo miast i miasteczek ma oplaty wjazdowe - kazda najczesciej 10 RMB, wiec wszystkie razem to polowa oplat za autostrade. Wliczajac koszt zmiany kola (moze stara opona jest takze do wyrzucenia), dodatkowe 8 godzin jazdy, troche wiecej zuzytej benzyny, samochodzik tez dostal swoje, wiec na darmowej drodze wyszlismy jak Zablodzki na mydle. Jesli tylko przysla jeden mandacik, moze byc nastepne 200 RMB - a moglo byc ich i 20 razy wiecej. W tym miasteczku sadza lotusy i sprzedaja korzenie - smaczne warzywo. Bym zapomnial o nastepnej atrakcji, tirowkach. Oczywiscie stoja, na autostradach kolo tych zarlodajni, na lokalnych drogach wokol i wewnatrz hoteli. Wszystkie mlode, ubrane krotko, na wysokich obcasach. Niektore z makijazem ale tak, ze jak ktos powiedzal ze byl nakladany lopata od odgarniania sniegu, mlodziez sie dopiero uczy kunsztu.
Oprocz bardzo duzych miast, gdzie mozna juz znalezc wszystko co na calym swiecie, wiekszosc Chin nadal zaopatruje sie na bazarach. A jak one wygladaja? Jak ktos ma bole zoladka, wylacz sie juz teraz. Zobaczcie jak to wyglada na naszej wsi. UPsss, dodam je pozniej, sa na innym kompie w domu.
W naszej polmilionowej wsi otwarto niedawno sklep typu Tesco. Jest czysciej, wiekszy wybor, ale takze drozej. Niestety, stare zwyczaje pozostaly. Kupowalem niedawno zywa rybe - sprzedawca wyjal ja z z wody, rabnal ja kilka razy o podloge, wypatroszyl, oskrobal z luski, troche wyplukal i jeszcze ruszajaca wrzucil ja do naszego koszyka. Niestety, nie bylo w poblizu Gerwazego z gwintowka. Znajomy przeslal mi link gdzie mozna znalesc zdjecia z Chinskiego Wal-Martu http://www.eligr.com/2011/02/chinese-wal-mart/ Podane ceny to za pol kilograma, czyli okolo polska zlotowka za kg. Jak jestem w chinskiej restauracji, wlaze do kuchni i pokazuje palcem co chcialbym zjesc. Najczesciej to pracuje, ale zdarzyla sie wpadka tez. Jedna potrawa wygladala jak usmarzone jajka z przyprawami - zamowilem, zjadlem, smakowalo jakos tak niejajecznie. Dopiero pozniej dowiedzalem sie ze byl to swinski mozg. Chinczycy jedza wszystko, od kopyt po siersc. Sam cudzych czy wlasnych wnetrznosci nie jadam, dla Chinczykow to przysmak. Jak cos nie potrafi przezuc, to wypluje na stol. Wyzszej klasy Chinczycy juz pluja na podloge. Ale kazdy z nich osci czy kosci zostawia po prostu na stole, nie maja zwyczaju uzywac malej miseczki na odpadki. Ich organizm nie trawi alkoholu, wiec 5-6 chlopa pol litra meczy dosc dlugo i czerwienieja jak raki - ale czesto nawet do lanchu pija swoja biala wodke. Kiedys poprosilismy Kacy aby zamowila nam cos specjalnego. Bylo to w Foshan, gdzie powstala niedawno polska restauracja. Jakies bylo to zylaste, niesmaczne. Bylem ze swoim synem, Mateuszem, zabral dla swojego pupila, karmil psiaka sasiadow. Biedny piesek, nie wiedzelismy ze sasiad przygotowywal go na rodzinny zjazd - byl podobno bardzo tlusty i smaczny. O to zylaste danie? Kacy powiedzala nam pozniej ze byly to jadra wielblada. Nadal nie wiem, czy zartowala czy chciala odegrac sie ze sobie z niej dowcipkowalem.
piątek, 09 marca 2012
Troche sie wloczylismy po Chinach szukajac pieczar aby przerobic na hotel-hostel. Co za frajda mieszkac w murach, wszedzie sa podobne, ale pomieszkac w pieczarze, chetnych znalazloby sie wielu. Tym bardziej, ze bylismy w Bama, jednym z 5-ciu miejsc na swiecie, gdzie ludzie zyja najdluzej. W okolicy jest mnostwo pieczar, ale dostep do nich to niekiedy kilka godzin lazenia po gorach, a nam chodzilo z dobrym dostepem do drogi. Jedna byla w normie OK, w tej chwili zamieszkana przez chinskiego bezdomnego, mieszka tam razem z trzoda koz. A bylo juz dosc pozno, wiec trzeba bylo znalezc hotel, byl po drugiej stronie drogi. Dziewcze pokazalo nam pokoj, nowy i czysty - mozna mieszkac i zaprosilo nas na kolacje, dlaczego nie?. Okazalo sie, ze ten hotelik jest czescia dosc sporej atrakcji turystycznej, do ktorej nalezy wieksza pieczara, gdzie mozna poplywac i ogladnac ja z lodki a takze pospacerowac wewnatrz.
A wieczorem posiedzelismy sobie przy ognisku Przy okazji porozmawalismy po rosyjsku. W tym drewnianym budynku przy wiejsciu do pieczary mieszka 83-letni pułkownik lotnictwa, ktory w czasie wojny koreanskiej latal na rosyjskich Migach i stracil dwoch Jankesow, w tej chwili chinski bohater narodowy I tak slowo po slowie, przy herbatce dowiedzelismy sie ze to dziewcze, Lele, od dwoch lat pracuje jako przewodnik, ale zawsze sama i nasz pułkownik chcialby wydac swoja podopieczna za jakiegos Amerykanina. Kto by tutaj sie nadawal?? Nie mam zbyt wysokiego mniemania o Jankesach. A dlaczego Ameryka? Nadal istnieje mit Ameryki, ale to tylko mit, dawno opuszcilem ten kraj. Moze jakis Polak?, duzo ludzi pisze abym dal namiary. Ale nie znam tych ludzi, zreszta co ja Alfons?? Dziewcze mile, mlode i czyste, nie zbrukane zyciem, nie ma sensu dawac jakiemus lapserdakowi, niech sobie sam znajdzie. Jest jeden, syn kolegi. Spokojny chlopak, tylko ma zezowane szczescie z polskimi bialoglowami. Lele bardzo sie zainteresowala, juz sie uczy angielskiego. Nalezy do grupy narodowosciowej Zhuang, najliczniejszej w tej prowincji. Nigdy nie bylem swatkiem, ale charakterami powinni sie zgadzac, ona tez jest bardzo spokojna. ogladnijcie na googlu jak one sie ubieraja na swoje festyny. http://www.google.com/search?q=Zhuang+girl&um=1&hl=en&client=firefox-a&rls=org.mozilla%3Aen-US%3Aofficial&ie=UTF-8&oe=UTF-8&tbm=isch&ei=ku5ZT8e_FqKaiAfQs4zRDQ&sa=N&btnG=Search No to co Bartek, juz sie pakujesz? Jaki moral z tego dla tych ktorzy sa sami i wysylaja blagalne e-maile? Mozna znalezc, tylko trzeba chciec. Oczywiscie nie wszyscy maja znajomych wloczylazegow jak ja, potrzeba wiec na to czasu i pieniedzy aby samemu poleciec na miesiac-dwa do Chin czy innego kraju i miec oczy wokol glowy zawsze otwarte, glowe tez. Wystarczy pojechac na wies, rozdac dzieciom pomarancze czy cukierki i popytac o starsze siostry. Ten post jest jakby kontynuacja, wiec pewnie znowu dostane stos "zyczliwych" wpisow - haha -obiecuje wymazac je wszyskie. Niestety, cos jest nie tak z naszymi polskimi paniami, gdyz nawet znajomy Ukrainczyk, po odwiedzeniu Polski juz sie nie dziwi ze w Polsce jest tyle gejow. Swiat nie konczy sie na Polsce, wszedzie mozna znalesc porzadnych ludzi, swoja druga polowe tez. Amen.
niedziela, 26 lutego 2012
Coraz wiecej tutaj Amerykanow, ktorzy przyjezdzaja do Chin aby uczyc angielskiego - mozna wiecej zaszczedzic niz w hameryce. W naszym miescie powstawa nowa ladna szkola - nie maja nauczyciela, chociaz oferuja 10000 RMB miesiecznie (okolo 5000 zl) plus mieszkanie z wyzywieniem. Teraz angielskiego uczy Chinka mowiaca troche po angiesku, ale to wyglada jakby gluchy uczyl spiewu niemowe. Nasze miasto to prowincja, chociaz prawie pol miliona dusz i poltora godziny od Kantonu, ale nie ma co robic po pracy. W poprzednim roku angielskiego uczyl Phil z Nowej Zelandii, ale teraz uczy gdzies blizej Kantonu. Chlop dobrze sie urzadzil - wynajal swoj dom w Nowej Zelandii i splacaja jego pozyczke, sam duzo zaoszczedzia i za kilka lat chce kupic domek na plazy w Tajlandii i wygodnie zyc bez pracy. Kiedys do nauki angielskiego zatrudniano tylko "native speakers", ale jest taki brak nauczycieli, ze zatrudniaja kazdego; jakis egzamin trzeba tylko zdac, podobno pestka. Jak to zalatwic popytaj Polakow ktorzy juz ucza lub kiedys pracowali w Chinach. Jak ktos bylby zainteresowany, zagladnij ponizej, podaje bezposrednie kontakty do naszej szkoly. Jak pamietam, potrzebny jest dyplom ukonczenia jakiejs uczelni oraz egzamin z angielskiego - pytajcie tych co juz ucza - takze poprzez linki z tego bloga. O szczegolach porozmawiajcie bezposrednio, podaje e-mail i telefon. Pozniej zalacze kilka zdjec tej szkoly. Na razie tylko z jakiejs tam uroczystosci - nadal nie potrafia zerwac z kultem Mao, chociaz na codzien tego nie widac - wydaje mi sie ze szkola czy nauczyciele prywatnie chca sie podlizac i organizuja takie maszkarady. http://www.bgy.cn/enn/project/detail.aspx?ID=100000002282161 "Tailored for the children of the home owners in Heshan Country Garden, the Country Garden Bilingual School is a full-time private school constructed in accordance with the super-provincial standards, incorporates kindergarten, elementary school and junior middle school. With its complete facilities and excellent teachers, the school has been providing the children of the home owners with high-quality educational resources." Cos nowego
Znalazlem blog mlodego Polaka ktory zaczal niedawno prace w Chinach. Korzystajcie z jego doswiadczen. Jego blog Życie w Chinach http://zyciewchinach.pl/?p=162
poniedziałek, 20 lutego 2012
Niestety, czasy gdzie sie zarabialo dziesiatki tysiecy dolarow dziennie minely, trzeba bylo szukac cos na codzien. No i liczymy teraz pojedyncze rmb, czyli 50-groszowki, a nie tysiace. Dlatego nazywam go durnym, bo pracy jest duzo i od miesiecy pracujemy za darmo, w imie przyszlosci. Jeden sklepik nie przynosi zyskow, trzeba miec conajmniej 2-3, ale najlepiej 20-50. Typowy chinski bizness, masowka sie tylko liczy. Jak sie zrobi kilka spinaczy biurowych, zadne zyski, trzeba ich zrobic miliony, a rynek zbytu jest, tylko trzeba zorganizowac produkcje i sprzedaz. Nastepne wyzwanie, czy damy rade?, Ale nie swieci garki lepia. Sa takze plusy. Moi Chinczycy maja co robic, z glodu takze nie padna. Obrot kapitalu to tylko 1-2-3 dni, czyli codziennie swiezy grosz. Nasza polmilionowa wies jest dosc biedna, wiec nie mozemy podniesc cen, bo juz wtedy nikt by nie kupil. Chleba Chinczycy nie jedza i nie kupuja, sprzedajemy 1-2 bochenki dziennie, wiec robimy male 50 gramowe buleczki, one juz sie sprzedaja setkami dziennie. Mlodziez sie pyta o amerykanskie donuts z dziurka, europejskie paczki sa nieznane, wiec trzeba to tez zaczac produkowac. Mozliwosci rozwoju sa ogromne, rynek jest i sie rozwija. A takich niszy w Chinach jest duzo - duzo produktow w Europie czy w USA jest w kazdym sklepie, w Chinach tego jeszcze nie ma, wiec ktos zacznie to sprowadzac czy produkowac lokalnie, dlaczego tutaj nie ma Polakow? Latwiej ponarzekac ze jest zle i coraz gorzej niz ruszyc d. Mc Donald takze kiedys zaczynal od jednego sklepiku.
Kilka zdjec naszego malego balaganu.
|
Archiwum
Zakładki:
Tagi
|