RSS
wtorek, 21 stycznia 2014

Spokojne miejsce za dnia, ale nabiera rumiencow zycia po zmroku.

Niewiadoma skad, ale szybko robi sie 7-10 rzedow po 10 w kazdym i w trakcie muzyki lapki do gory, i na dol, skret w prawo, w lewo, podskok, pol-obrot i znowu podskok. I tak cala godzine, i tak codziennie wieczorem. Kiedys byla tam sciezka zdrowia, ale poszezyli i zrobili magiczne miejsce czarow - zlosliwi twierdza ze to zjazd i bal czarownic i wiedzm, ale nigdzie po katach nie widzalem miotel ktorymi by przylecialy. Po prawdzie takze nie widze samochodow ktorymi mogli przyjechac, ale codziennie sa i o tej samej godzinie. Rzut beretem od mojego domu, czesto tamtedy przejezdzam, nidgy zadnych miotel nie widzalem. 

Zwal jak chcial, ale dla mnie jest to pozytywne zycie towarzyskie, co maja robic jak mezowie zabawiaja sie w karaone czy inne spotkania "biznesowe".

09:04, bialychinczyk
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 20 stycznia 2014

Znajome dziewcze z Mongolli Wewnetrznej na polnocy Chin, gdzie blizej jest to Ulan Bator niz to Pekinu, chce sie podszkolic w angielskim i pisze do mnie. Opowiada o swoim zyciu i lokalnych atrakcjach, wiec poogladajcie takze. 

Na zachodzie mamy konkursy pieknosci kotow, psow, swinek morskich, pajakow, prosiat i innego inwentarza. W Mongolii nie maja tych problemow, maja tylko konkurs pieknosci wielbladow.

Upps, zapomnialem, mamy na zachodzie jeszcze konkursy pieknosci kobiet i nastolatek.

"I really like the camel, we have camel racing, camel beauty contest, fashion show. Although camels very large, but their hearts are cute, very docile."

Tagi: wczasy
05:05, bialychinczyk
Link Komentarze (1) »
sobota, 18 stycznia 2014

Chinski Nowy Rok za pasem, czyli swieta, wszystko bedzie zamkniete, wiec moze gdzies wybyc? Tutaj troche zimno, moze gdzies na plaze? Ale moja Chinka  - A po co, co tam mozna robic? Wlasnie po to, aby nic nie robic, aby pobyczyc sie na plazy. W koncu dala sie przekonac, bo dzieciska po plazach Kalifornii nabyly tego bakcyla. Zreszta okazja, nasze limo jedzie tam, ma wesele czy jakas impreze, wiec jedziemy za friko. 

Limuzyna czyli limo to nie taka polska, czyli Skoda pomalowana na czarno czy bialo. Musi byc duza i dluga. Na swiecie najczesciej bierze sie duzego lincolna czy cadillaca ktory juz ma sam 5.5 metra czy troche wiecej, przecina sie w polowie i dodaje dodatkowe 3 metry, czyli razem ma byc 8.5-9 metrow. Sa i dluzsze, ale do Chin mozna przywiezc nie dluzsza niz 9 metrow i takich mialo byc 18 sztuk. Tyle to w tym Sanyo na wyspie Hainan to nie ma, wiec sciagano 8 sztuk z okolic Kantonu, "tylko" 800 km w jedna strone, jedna byla nasza. 

Do portu dojechalismy sami, ale przeprawa juz calym stadem limuzyn, i tu byl blad. Stateczkiem to tylko 27 km, ale zaden nie chce nas zabrac wszystkich 8, odganiaja nas do nastepnego, dopiero po 3 godzinach 3-ci czy 5-ty stateczek nas zabral. Maja pewnie placone za wage i wielkosc, a my duzi, ale kazda limo wazy z poltora tony tylko, wola brac ciezkie tiry. W koncu duzy statek nas zabral. Taki laduje ze 100 duzych tirow, mnostwo samochodow, zaladowanie trwa z 2 godziny, trzeba bylo czekac. Ludzi to on moze wziac i tysiace, bylo prawie pusto na pokladach, ale ladownie byly pelne, zreszta kilometrami inne tiry czekaja na przeprawe. To jest tylko 800 km, ale wyjezdzajac o 9-tej rano z Heshan, w hotelu bylismy dopiero o 3-ciej nad ranem. Nie ma co narzekac, darowanemu koniu w pysk sie nie zaglada. 

Te chiskie limuzyny to czesto z demobilu z USA, jedna nie dojechala, po drodze sie rozkraczyla, moze dlatego zamowili ich wiecej? Nasza jezdzi dobrze, mamy nowy silnik z 30 000 km na nim, powinna dojechac do miliona km. Przy okazji zalapala sie takze na wycieczke znajoma z dwoma bachorkami, ale bylo luzno, dzieciali mogly biegac w srodku.

Sanya to takie chinskie Hawaje czy europejski Cypr, malo lokalnych ale mnostwo turystow. Od czasu do czasu slychac po rosysku, niektore sklepy maja rosyjskie reklamy. Latwo poznac innostrancow na plazy, nawet z tylu, bolszoja zenszczyna maszina, chinki sa inne. Ktos kiedys ich zapytal skad przyjechali. Mowia po rosyjsku, ale mowia ze oni nie Rosjanie, tylko z Syberii, wspolczesni Sybiraki pewnie. 

Na plazy dosc duzo luda. Nasza plaza byla publiczna, niedaleko hotelu Howard Johnson, czyli lokalny balagan. Sa tez podobno platne, tam juz wiekszy porzadek. Wiec na tej naszej plazy czesto morza nie mozna uslyszec, ryk quadow, skuterow ladowych i wodnych zaglusza wszystko. Wszystko do wynajecia, aby zarobic. Co chwile jakis sprzedawca chce nam cos wcisnac: zarcie, owoce, zabawki, ciuchy, baloniki, kola do plywania, kurzolapki i durnostojki czyli lokalne pamiatki, reklamy pobliskich developerow, znajdziesz prawie wszystko. Wpadl mi pomysl, czy znajde zimny koktail  ze swiezych owocow z dodatkiem whisky, brandy czy z  rumem, niech nawet bedzie z ich wodka? Koktail znalazlem na straganie jedna ulice od plazy, ale "booze" juz nie, powinienem miec swoje.  W calych Chinach zimno, ale tam cieplo, bylo 25C i niebo bez chmurki. Woda byla dosc zimna wiec bardzo malo ludzi w wodzie, ale dzieciaki nie odpuscily, musialy sie wychlapac. Latem to pewnie tutaj jak bedzie 40C to chlody.

Kiedys bywalem na plazach srodkowej ameryki. Podobne plaze, ale tam wieksza bida. Male przytulne hoteliki nad samym oceanem, nie znajdziesz tego w Chinach. Wszystko za bardzo komercyjne. Wywindowali ceny ziemi tak wysoko, ze tylko duzy kapital moza ja kupic, ale wtedy buduja apartamentowce czy duze 15-pietrowe resorty, tworza nowe Hawaje. Nie ma zimnego piwa Imperial czy rumu Centenario Añejo z kola ktory mozna kupic w pobliskim straganie za kilka miedzakow i wypic na plazy wokol palacych sie swiec wsadzonych w piasek w butelko po coca do gory bez dna, aby nie zgasly. Prosto i fajnie, jeszcze na to nie wpadli. 

Buduja wokolo duzo. Podam troche cen, aby za kilka lat porownac. W dobrym resorcie z basenami ceny 5000-7000 RMB za metr kwadratowy, wielkosc 50-200 m2, czyli na polskie zlotowki za 150 000 zl juz mozna miec cos porzadnego. Wydaje mi sie, ze w jakims mniejszym apartamentowcu, takim bez basenow, juz mozna kupic i za polowe tego, trzeba tylko poszukac. Nie mysl ze kazdy wlasciciel mieszkania w danym kompleksie moze uzywac tych basenow, za kazdy dzien wstepu musiasz zaplacic 10-50 RMB, wszystko ma swoja cene. Rozmawialem na necie kiedys z jednym Polakiem, wlasnie umiescic swojego ojca w Sanya, bylo taniej niz w np na Cyprze, czyli Polacy tez tam moga sie zaczepic. Hotele mozna znalezc za 120RMB, ale dosc podle, za znosny blisko plazy trzeba zaplacic 250-280 za noc za pokoj. Nie ma durnych zwyczaji ze placi sie za osobe. Na razie sprzedaja te mieszkania Chinczykom aby odsprzedali z zyskiem za kilka lat. Wydaje mi sie ze zrobi sie jak na Hawajach. Ludzie kupili mieszkania blisko plazy i powstaly agencje ktore wynajmuja te mieszkania na 1-2 czy wiecej tygodni i nastepni, nie trzeba samemu szukac chetnych i ma sie swoje miejsce na wypad na sobote-niedziele, bo lotnisko blisko. To jest zawsze cieple miejsce i nad woda, a Chinczykow duzo i lapia zwyczaje ze od czasu do czasu mozna sie pomoczyc, bogaca sie takze, wiec tlok powinien zawsze byc. 

Byl na tej wyspie Polak z Wroclawia, zjechal wyspe motocyklem, zobacz jego relacje na blogu I Love Your Mici

Dzień 45

Dzień 46

Dzień 47 kilometrów 15200

A co to bylo za wesele? Okazuje sie ze to byl zjazd sprzedawcow jakiejs firmy, Health Medical Management, chyba cos typu MLM, dla tych co najwiecej sprzedali. Maja gest i dobre zyski, zaproszonych gosci indywidualnie zabierali z lotniska limuzynami i umieszczali w pokojach tego Howard Johnson. W Ameryce jest to sredniej klasy hotel, tutaj wybudowali wielki drogi resort. Chcialem zabrac jedna ich reklamowke, nie dali, podniesli wielki krzyk, byc moze jakis dobry przekret. Jak znajde cos na ten temat to napisze. Oglaszaja sie jako AGE-DR, Health and Longevity ale nie podaja nawet swojej strony internetowej. Ich agentki to panie drugiej i nastepnej mlodosci, najczesciej zapomniane przez meza, partie i boga, takim latwo wcisnac i sprzedac marzenia. Ostatnie zdjecie to ich reklama, jedynie to udalo mi sie zabrac.

Tagi: wczasy wojaze
04:14, bialychinczyk
Link Komentarze (11) »
sobota, 04 stycznia 2014

Raczej wprowadzenie nowego obywatela na ten swiat i okazja do spotkania sie.  Oczywiscie, nie chrzci sie, kto o to bedzie dbac, nie ma tutaj nawiedzonych.

Tata produkuje biurowe krzesla a ze nasze dzieci chodza

do tej samej szkoly, takze swiadczyny sobie jakies male uprzejmosci, wiec zaprosil nas. Impreza odbywala sie z 4-gwiazdkowym hotelu, maja duze sale przygotowana specjalnie na wszelkie imprezy. Bylo 32 stolow, kazdy 10 osob, czyli okolo 320 osob. 

Zarcie troche z wyzszej polki niz codzienne. Zaczeto od pieczonej kaczki, duzych krewetek z makaronem, kurczak pieczony, ostrygi, biala ryba, dosc dobra, troche miesa, ale malo, zielenina i warzywa, jakies pieczywo, ryz z warzywami, wszystko zjadliwe. Jak podano mandarynki, to znaczy ze trzeba sie zbierac. Podlewano to wszystko czerwonym winem. Na poczatku bylo jakies aromatyczne, ale w smaku jakies nijakie, zostawialo niemily smak pod jezykiem. Ale pozniej i to zmieniono na zwykla robotnicza berbeluche. Chilijskie Premio Santa Catalina 2011 sprowadzana przez Aussino, robotnicza masuwa, pewnie w Chile sprzedaja za dolara butelke, ale imported, proletariacki commercial, zreszta wiekszosc takich win jest na calym swiecie i takie tez wiekszosci pijemy. Chiny to snoby, najczesciej pija swoje tanie kiepskie winka, ale prezent czy przyjecie, to musi byc imported, czesto gorsze niz ich wlasne.

Porownajcie jak Chinczykom twarze czerwienieje, ich organizm nie przyjmuje alkoholu, juz po naparstku wina sa na czerwono, patrioci.

Imreza trwala poltorej godziny. Nasze prowincjonalne miasto- wies to srednie na chinskie rozmiary, ale pod restauracja stal nowiutki Rolls Royce, jeszcze bez rejestracji. Jakie te Chiny sa biedne w porownaniu z bogata Polska. 

 

15:15, bialychinczyk
Link Komentarze (4) »
Tagi