RSS
piątek, 23 marca 2012

Kilka lat temu duza firma spedycyjna proponowala mi stworzenie  w Delcie Rzeki Perlowej duzego centrum logistycznego, gdzie amerykanscy kupcy mogliby wysylac wszelkie zakupione towary w Chinach - ta firma przesylala by je w swoich kontenerach da USA i pozniej rozsylala po calych Stanach - logistics to ich glowny bizness - cos jak FeDeX Freight, wszystkie towary, nie tylko malogabarytowe. Mimo ze proponowali bardzo dobra pensje odrzucilem ta propozycja -wtedy zajety bylem rozbudowa swojej firmy. Troche pozniej chcialem kupic z 20 ha i wybudowac kilka ogromnych magazynow i wynajac podobnej firmie z USA - niestety, w miedzyczasie chinski rzad zmienil plany i przestal sprzedawac ziemie na kredyt - na start trzeba bylo wydac kilka milionow i plan padl. Padl, gdyz w nastepnych latach nastapil 7-krotny wzrost cen gruntow, oni wiedzieli ze to nastapi.

Chinczycy maja jednak bardziej dlugotermonowe plany. Istnieje przekonanie, ze wszystko co chinskie, to jest malowartosciowe, tanie i bardzo zlej jakosci - duzo krajow przeszlo przez ta faze. Niedlugo po wojnie wszystko co japonskie, mialo podobna etykiete (zreszta uzasadniona, pierwszy japonski samochod wystawiony na jakiejs europejskiej czy amerykanskiej wystawie, po prostu sie rozpadl)  - teraz japonski produkt to jeden z najwyzszych jakosci; pozniej byl Tajwan, nastepnie Korea, teraz jest czas na Chiny. Oczywiscie, Chiny produkuja duzo smieci ktore juz w transporcie sie psuja, ale takze mozna dostac (za wyzsza cene) produkty najwyzszej klasy - europejscy producenci najlepszych marek czesto nie moga poznac czy to jest ich originalny produkt, czy tez chinska podrobka.

Ale do rzeczy.

W Arizonie, kilkaset km od portu w Los Angeles gdzie przyplywaja statki z kontenerami z Chin, Chinczycy kupili kawal pustyni, kilka tysiecy hektarow i tworza Male Chiny. Ta informacja jeszcze nie jest publikowana, znam to od znajomej z Phoenix. Na poczatek Chinczycy buduja kolej, ktora beda dowozili swoje kontenery bezposrednio z Chin. Czyli za kilka lat z rynku amerykanskiego moga zniknac produkty Made In China, beda tylko Made in USA. Beda one produkowane w Chinach, ale w czesciach przywozone do USA chinskimi statkami i w chinskich kontenerach, skladane w USA przez male chinskie raczki napedzane ryzem sprowadzanym z Chin i z metka Made in USA, wyprodukowana oczywiscie w Chinach. Amerykanskie to beda tylko  woda i slonce - niekiedy takze blask ksiezyca, bo Chinczyk jak jest praca i mozna zarobic, bedzie pracowac takze w nocy - a przespi sie kilka godzin pod stolem w pracy. Cena oczywiscie bedzie juz zblizona do amerykanskiej. Podobnie juz sie robi z amerykanskimi samochodzami. Oblicza sie ze 60% Forda jest zrobiona w Chinach. Czytalem kiedys o 5 miliardowym kontrakcie Forda na chinskie czesci. Mamy w Chinach amerykanski flagowy Lincoln, chinskie drogi daly mu rade i cos sie tam zepsulo w kole - potrzebna czesc do wymiany byla latwiej dostepna i tansza w Chinach niz w USA, a tych samochodow nie widzi sie na chinskich drogach.

 W Europie, we Francji powstaje fabryka samochodow produkowanych przez chinska firme, kupili jakas tam upadajaca europejska marke. Zatrudnieni beda tylko Chinczycy, samochod bedzie Made in EU. Jedna duza chinska firma odziezowa przenosi swoje zaklady do Egiptu - bedzie Made in Egipt, tam pracownik jest juz tanszy niz w Chinach, ale wlasciciel firmy to Chinczyk.

Ach, te Chinczyki, otaczaja nas z kazdej strony. W kwietniu przyjezdza do Polski rzadowa delegacja z Chin, a po co?? Kupia troche polskich obligacji, ale przede wszystkim przyjezdzaja aby przekonac narod polski ze ma wiecej kupowac chinszczyzny, tak jest zawsze i wszedzie. Polacy sie bogacza, wiec niech takze wydadza i kupia czesc Chin, a najlepiej ta padajaca czesc. Juz Pawlak jest na uslugach i uruchomil portal Go China - gdzie podgrzewa sie stare chinskie kotlety, ktorych juz Chinczycy nie chca, moze kiedys napisze o tym. 

wtorek, 13 marca 2012

Wies Poyue, 30 km na polnoc od miasta Bama na drodze 206 w prowincji Guangxi na poludniu Chin, stad 20 minut drogi do pieczary. Wejscie okupowane przez starszych drzemiacych, grajacych w majong czy w karty, gdyz bilet wstepu dosc drogi, jak pamietam 120 rmb. Podobno tutaj w okolicy tej pieczary jest najwyzsze stezenie ionow, dochodzace nawet do 70000/cm3.

Co pisza inni.

http://www.massageprofessionals.com/forum/topics/china-bama-longevity-village

"Bama longevity village in China.There are many more than 100 years old persons there. The longevity member is the first in the world. It's wonderful with high geomagnetism, clear air, with oxygen ions 30000-50000/cm3, microelements and micro cluster water, 100% green foods.

No Cancer, no angiocardiopathy, no diabetes, no pain, no fat person and die without any illness.

The diseases will be disappeared if you stay there about 6 months.

That's a paradise place."

Niektorzy sa sceptyczni, czyzby marketing tricks aby sciagnac jak najwiecej turystow?.

No trudno, tez zlapalismy tego bakcyla, juz sie zaczepilismy w Bama, teraz szukamy cos lepszego, tj szukamy swojej jaskini. Ale jak w Chinach, nawet poletko wielkosci trumny musi cos produkowac, wiec sie najpierw podbudowuje kamieniami aby bylo plaskie i sadzi warzywa czy trzcine cukrowa. Jaskinie takze, wydzierzawia sie takim, ktorzy zainwestuja i zrobia z tego atrakcje i bedzie przynosila zysk. Jak potrzeba, zatapia sie ja aby turysci mogli za slona oplata poplywac lodka i co pod woda juz jest bezpowrotnie stracone. To samo sie dzieje przy budowie drogi - wszystko idze na przemial. Stalaktyty i stalagmity niekiedy jeszcze mozna znalezc na bazarach, ale coraz mniej.

Ponizej kilka pieczar ktore byly po drodze. Niedaleko w poblizu jest jaskinia, ktora ma 30 km, trzeba na nia zarezerwowac caly dzien, nastepnym razem. Jest kilka innych, trzeba porozmawiac z soltysem i byc moze dorzucic sie do budowy drogi, bo dojazd do wsi bardzo kiepski.

W tej pieczarze mieszka bezdomny ze swoimi kozami

Troche jarmarcznie, ale Chinole to lubia

Chinczycy zawsze szukaja podobienstwa do czegos i ta formacja przypomina im ... , napewno nie dziewicy.





niedziela, 11 marca 2012

Bama jako atrakcja turystyczna robi sie w Chinach bardzo popularna - rzad chinski reklamuje to na potege, widzialem ogloszenia w Hong Kongu. Bylismy juz dwa razy w Bama w Guangxi, w jej centrum Bapan - na 540 mieszkancow tej wioski 7 ma ponad 100 lat, najstarszy 114 - dziadek chodzi sam bez laski, takze po schodach.


Tym razem pojechalismy po kamienie, mozna tam znalezc stalaktydy i stalagmity. Oczywiscie mieszkalismy w Bapan, w wiosne dlugowiecznych. Mozna o tym znalezc takze po polsku, link ponizej.

http://www.osrodekterapiinaturalnej.pl/index.php5?show=artykul&idKat=2&idArt=74&lang=_pl


Kiedys chcialem kupic tam kawalek ziemi i wybudowac hotelik - byloby dobre miejsce na pozniej i ze hotelik - wiec czlowiek by sie nie nudzil, ciagle nowe twarze, ale z chinskimi chlopami trudno dojsc do porozumienia, pisalem przedtem o tym. Chlopi chca duzo, a takze chca sprzedac swoja kure i jednoczesnie miec jajka nie majac zadnych praw budowy na sprzedawanej ziemi, bo za miedza powstaje duzy resort turystyczny. Kupili od rzadu z 20 ha ziemi, maja budget 5 miliardow RMB ( 2.5 miliarda zl), i juz zaczeli - na razie buduje sie most i wybudowali osrodek informacyjny - nie ma nawet dziury w ziemi, ale juz sprzedaja apartamenty. Mozesz wiecej poczytac o tym na www.joymain.com, szukaj na googlu joymain bama - pokazuje duzo zdjec ale jak dotad tylko szukajac po chinsku,

http://www.google.com.hk/search?q=%E4%B8%AD%E8%84%89%E5%B7%B4%E9%A9%AC&oe=utf-8&rls=org.mozilla:en-US:official&client=firefox-a&um=1&ie=UTF-8&hl=zh-CN&tbm=isch&source=og&sa=N&tab=wi&ei=Qj5gT9uwJ4OViAe9tNnqBw&biw=990&bih=659&sei=RT5gT5CDJISjiAejmajVBw,



Kacy Bama bardzo sie podoba - sam jednak wolalbym gdzies dalej od ludzi, a najlepiej pieczare. Jezdzilismy po okolicy, takie pieczary z dojazdem sa juz sprzedane, trzeba szukac dalej. Jej rodzice tez sie starzeja, wiec chce dla nich takze zalatwic jakies wygodne zdrowe miejsce. Wiec przekonala mnie ze dobrze byloby wbic chociaz jeden zab, i pozniej szukac juz jako tubylec czegos dla mnie.


No i mamy. Znalezlismy dom juz wybudowany, (LEGALNIE) ale niewykonczony, za wsia, na granicy tego Centrum Dlugowiecznych, bedzie blisko to ich atrakcji. Chlopi nie maja prawa sprzedazy, wszystko nalezy do rzadu, ale maja prawo wydzierzawic - podpisalismy wiec dzierzawe na cale 5-te pietro 98 m2 plus do tego 80 m2 tarasu na dachu. Lokalni chca dzierzawic tylko na 30 lat, nie zgodzilem sie na mniej niz 70 lat i sie zgodzil - bede wiec musial zyc jeszce te 70 lat, cyrograf podpisany. Widoki mamy wspaniale, czysta woda, powietrze, trzeba to tylko porzadnie wykonczyc. Sa tam 3 pokoje, kazdy z lazienka, wiec bedziemy tak wykanczac aby dwa miec na wynajecie - tylko dla bialych, bo bedzie drozej i wyzszy standard - chcemy na tarasie zrobic  ogrod z basenikiem, sauna i bania z wodami z ziolami - aby miec jak najwieksza frajde. Stamtad jest juz blisko do Wietnamu do Ha Long Bay, tam bedziemy sie moczyc w slonej morskiej wodzie, moze nawet tam mieszkac na jakiejs lodzi.

http://www.google.com/search?q=Ha+Long&oe=utf-8&rls=org.mozilla:en-US:official&client=firefox-a&um=1&ie=UTF-8&hl=en&tbm=isch&source=og&sa=N&tab=wi

A wszysko to dlatego ze nie lubie hoteli, a kocham sie wloczyc po swiecie.  Pogladajcie, podziwiajcie.




sobota, 10 marca 2012

Tym razem do Bama pojechalismy samochodem. Daleko i nie wiadomo jakie beda drogi, wiec glupota byloby jechac naszym Lincolnem limo czy Jeepem, wyybralismy nasz najmniejszy, pali troche powyzej 5 litrow na 100 km. Aby bylo wiecej miejsca, wyjelismy tylne siedzenia. Chinczycy maja zwyczaje zasypiac wszedzie, zawsze, szybko i w kazdej pozycji, wiec wygoda dla Kacy, a ja bede szofer. Przed nami 860 km, wg Googla to 12 godzin drogi, najczesciej autostada G80, tylko ostatnie 80 km przez gory droga krajowa, darmowa.

Wyjechalem o 6-tej rano, aby zdarzyc dojechac przed noca. Najczesciej przed wjazdem na autostrade bierze sie karte i placi przy zjezdzie. Nie spieszac sie, jechalem 100-120/godz, droga az dziw calkowicie pusta, czyzby taka recesja?, dopiero pozniej znalazlem przyczyne. Co 30-50 km sa stacje benzynowe i restauracje - ale to nie ta klasa. Zarlodajnie bardzo proste, nieprzytulne, prymitywne, czesto duze hale, aby tylko szybko zjesc i dalej nawijac km. Nic dziwnego ze czesto kierowcy staja na drodze i sikaja na barierki. Nie ma tego co w Europie gdzie mozna wypic kawe i troche odpoczac. Wieksze miasta jak Nanning maja objazdy tzw, Rings, Pekin i Shanghai ma ich chyba 7, nie ma sensu wjezdzac do miasta.

Nudno, dlugo, ale dojechalem. Byl troche bol z tylu na dole gdzie plecy traca swa szlachetna nazwe jak przyszlo zaplacic kilkaset za autostrade, kosztuje to 0.40-0.50 rmb za km (dziel na polowe na zlotowki). Jest jednak sposob aby tego uniknac. Wiekszosc tych zarlodajni na autostradzie maja lokalne drogi dojazdowe dla personelu i dowoz materialow. Najczesciej sa tam bramy, niekiedy sa otwarte, trzeba tylko wyjechac i wjechac na autostrade na nastepnym wjezdzie juz z nowa czysta karta. Troche strata czasu, ale mozna duzo zaoszczedzic. Nie robilem tego, ale praktykowalo sie to w Hameryce - pamietam nasze biedne poczatki. Czlowiek byl mlody, chcial swiat zobaczyc, a forsy brak, wiec trzeba bylo kombinowac. W Chinach nawet ryby biora, wiec jak brama bedzie zamknieta, trzeba znalezc ciecia z kluczami i cos tam zaoferowac - paczke papierosow czy troche forsy, powinien sie zgodzic aby wypuscic. A jak nie? co za strata, zapytac mozna.

Wzielismy samochod, bo musielismy troche po Bamie pojezdzic. Jest duzo autobusow, ale nie wszedzie i zawsze, a mielismy tylko tydzien czasu - sama droga to dwa dni plus. Troche przygod bylo - raz byl wypadek i droga byla zablokowana na kilka godzin, wiec zawrocilismy. Inna droga byla w budowie - polozony byl beton tylko kawalkami, a na przejezdnej czesci ciezarowka sie rozkraczyla - musielismy budowac wjazd i zjazd na ten beton, a nasz maly samochodzik mial niskie zawieszenie.

 

Ale bylo fajnie, mozna bylo zobaczyc jak lokalni zyja

 Powrot chcialem juz po "polskiemu", zaoszczedzic i jechac darmowa droga krajowa G323, G324. A ze na tych drogach sa czesto radary, wiec trzeba bylo nasz samochodzik uswinic, wybrudzic, aby radary nie mogdy zrobic zdjec rejestracji - mam nadzieje ze jeszcze nie maja kamer 3-wymiarowych i nie potrafia odczytac numerow spod warstwy blota.  Juz w pierwszym miasteczku, jak poszlismy do banku po troche pieniedzy - jak wrocilem juz bylo 4-rech policmajstrow i czyscilo tabliczke aby zrobic sobie pamiatkowe zdjecie. Ale biala twarz ma nadal moc, dali sie przekonac i obeszlo sie bez mandatu - ale na zapas przygotowalem sobie kubek na blotko i chlapalem nim tabliczki.  Na drodze sa tez kontrole - tylko raz glina nas zatrzymala - ale mialem prawie pusty bak wiec przekonalem ich ze wymyje auto na najblizszej stacji benzynowej, oczywiscie nie.

Bez GPSu to bysmy pewnie nie dojechali. Maja madrze zaprogramowane, prowadzi dokladnie, mowi gdzie jest ograniczenie szybkosci, gdzie bedzie  radar, ze jade za szybko, gdzie bedzie objazd, moze nawet opowiada dowcipy, nie sprawdzalem. Wiec teraz chinska glina ma komplet moich ladnych zdjec, bo za kazdym razem przed zdjeciem pokazywalem im jezyk.

Droga powrotna zajela nam 20 godzin samej jazdy. Przespalismy sie w przydroznym hotelu - nowy, dosc nowoczesny, ale restauracja to jak dworzec kolejowy, tylko zjesc i lulu spac. Nawierzchnia drog byla najczesciej dosc dobra, mozna bylo jechac 80-100, ale niekiedy jazda 20km/godz to juz samobojstwo. Szczegolnie gdy gdzies w poblizu byly cementownie czy kamieniolomy - dziury  w drodze po osie, na dodatek na srodku drogi zgubione kamienie wielkosci duzej dyni, trzeba bylo dobrze lawirowac. Bylismy dosc obciazeni, wiec tylko jedna guma. Tutaj juz bylo duzo samochodow ciezarowych - one omijaja autostrady.

Jazda byla ciekawsza niz autostrada. Niestety, zadnych atrakcji, wszedzie brud, zbieracze smieci mieliby ogromne pole do popisu. Np. miasto  Nanning, stolica Guangxi, ktos tam na Internecie sie nim zachwyca. Drzewa i krzaki wokol az biale od kurzu, pewnie kazdy mieszkaniec ma 5 kg nadwagi - to tylko kurz ktory wchlonie. Na dodatek stada ciezarowek rodem z radzieckiego wojskowego demobilu lub dar wujka Jozefa dla dziarskiego narodu chinskiego - kazdy z czarma zaslona dymna za soba. Oczywiscie wszystkie sa chinskiej produkcji, ale kto tam by dbal o czystosc.

Poza zabudowaniami juz bylo ciekawiej. Setkami km, nawet na malych skrawkach poletek sadzi sie trzcine cukrowa czy sa plantacje bananow. Czesc wiec drogi kilometrami stoja traktory i ciezarowki z dostawa trzcini do cukrowni, nic dziwnego ze cena cukru idzie w dol.  

Duzo miast i miasteczek ma oplaty wjazdowe - kazda najczesciej 10 RMB, wiec wszystkie razem to polowa oplat za autostrade. Wliczajac koszt zmiany kola (moze stara opona jest takze do wyrzucenia), dodatkowe 8 godzin jazdy, troche wiecej zuzytej benzyny, samochodzik tez dostal swoje, wiec na darmowej drodze wyszlismy jak Zablodzki na mydle. Jesli tylko przysla jeden mandacik, moze byc nastepne 200 RMB - a moglo byc ich i 20 razy wiecej.

W tym miasteczku sadza lotusy i sprzedaja korzenie - smaczne warzywo.

Bym zapomnial o nastepnej atrakcji, tirowkach. Oczywiscie stoja, na autostradach kolo tych zarlodajni, na lokalnych drogach wokol i wewnatrz hoteli. Wszystkie  mlode, ubrane krotko, na wysokich obcasach. Niektore z makijazem ale tak, ze jak ktos powiedzal ze byl nakladany lopata od odgarniania sniegu, mlodziez sie dopiero uczy kunsztu.

 

Oprocz bardzo duzych miast, gdzie mozna juz znalezc wszystko co na calym swiecie, wiekszosc Chin nadal zaopatruje sie na bazarach. A jak one wygladaja? Jak ktos ma bole zoladka, wylacz sie juz teraz.

Zobaczcie jak to wyglada na naszej wsi.

UPsss, dodam je pozniej, sa na innym kompie w domu.

 

W naszej polmilionowej wsi otwarto niedawno sklep typu Tesco. Jest czysciej, wiekszy wybor, ale takze drozej. Niestety, stare zwyczaje pozostaly. Kupowalem niedawno zywa rybe - sprzedawca wyjal ja z z wody, rabnal ja kilka razy o podloge, wypatroszyl, oskrobal z luski, troche wyplukal i jeszcze ruszajaca wrzucil ja do naszego koszyka.

Niestety, nie bylo w poblizu Gerwazego z gwintowka.

Znajomy przeslal mi link gdzie mozna znalesc zdjecia z Chinskiego Wal-Martu 

http://www.eligr.com/2011/02/chinese-wal-mart/

Podane ceny to za pol kilograma, czyli okolo polska zlotowka za kg.

Jak jestem w chinskiej restauracji, wlaze do kuchni i pokazuje palcem co chcialbym zjesc. Najczesciej to pracuje, ale zdarzyla sie wpadka tez. Jedna potrawa wygladala jak usmarzone jajka z przyprawami - zamowilem, zjadlem, smakowalo jakos tak niejajecznie. Dopiero pozniej dowiedzalem sie ze byl to swinski mozg.

Chinczycy jedza wszystko, od kopyt po siersc. Sam cudzych czy wlasnych wnetrznosci nie jadam, dla Chinczykow to przysmak. Jak cos nie potrafi przezuc, to wypluje na stol. Wyzszej klasy Chinczycy juz pluja na podloge. Ale kazdy z nich osci czy kosci zostawia po prostu na stole, nie maja zwyczaju uzywac malej miseczki na odpadki. Ich organizm nie trawi alkoholu, wiec 5-6 chlopa pol litra meczy dosc dlugo i czerwienieja jak raki - ale czesto nawet do lanchu pija swoja biala wodke.

 

Kiedys poprosilismy Kacy aby zamowila nam cos specjalnego. Bylo to w Foshan, gdzie powstala niedawno polska restauracja. Jakies bylo to zylaste, niesmaczne. Bylem ze swoim synem, Mateuszem, zabral dla swojego pupila, karmil psiaka sasiadow. Biedny piesek, nie wiedzelismy ze sasiad przygotowywal go na rodzinny zjazd - byl podobno bardzo tlusty i smaczny.

O to zylaste danie? Kacy powiedzala nam pozniej ze byly to jadra wielblada. Nadal nie wiem, czy zartowala czy chciala odegrac sie ze sobie z niej dowcipkowalem. 

06:00, bialychinczyk
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 marca 2012

Troche sie wloczylismy po Chinach szukajac pieczar aby przerobic na hotel-hostel. Co za frajda mieszkac w murach, wszedzie sa podobne, ale pomieszkac w pieczarze, chetnych znalazloby sie wielu. Tym bardziej, ze bylismy w Bama, jednym z 5-ciu miejsc na swiecie, gdzie ludzie zyja najdluzej. W okolicy jest mnostwo pieczar, ale dostep do nich to niekiedy kilka godzin lazenia po gorach, a nam chodzilo z dobrym dostepem do drogi.

Jedna byla w normie OK, w tej chwili zamieszkana przez chinskiego bezdomnego, mieszka tam razem z trzoda koz.

A bylo juz dosc pozno, wiec trzeba bylo znalezc hotel, byl po drugiej stronie drogi.

Dziewcze pokazalo nam pokoj, nowy i czysty - mozna mieszkac i zaprosilo nas na kolacje, dlaczego nie?.

Okazalo sie, ze ten hotelik jest czescia dosc sporej atrakcji turystycznej, do ktorej nalezy wieksza pieczara, gdzie mozna poplywac i ogladnac ja z lodki a takze pospacerowac wewnatrz.

 

 A wieczorem posiedzelismy sobie przy ognisku

Przy okazji porozmawalismy po rosyjsku. W tym drewnianym budynku przy wiejsciu do pieczary mieszka 83-letni pułkownik lotnictwa, ktory w czasie wojny koreanskiej latal na rosyjskich Migach i stracil dwoch Jankesow, w tej chwili chinski bohater narodowy

I tak slowo po slowie, przy herbatce dowiedzelismy sie ze to dziewcze, Lele, od dwoch lat pracuje jako przewodnik, ale zawsze sama i nasz pułkownik  chcialby wydac swoja podopieczna za jakiegos Amerykanina.

Kto by tutaj sie nadawal?? Nie mam zbyt wysokiego mniemania o Jankesach. A dlaczego Ameryka? Nadal istnieje mit Ameryki, ale to tylko mit, dawno opuszcilem ten kraj. Moze jakis Polak?, duzo ludzi pisze abym dal namiary. Ale nie znam tych ludzi, zreszta co ja Alfons?? Dziewcze mile, mlode i czyste, nie zbrukane zyciem, nie ma sensu dawac jakiemus lapserdakowi, niech sobie sam znajdzie.

 

Jest jeden, syn kolegi. Spokojny chlopak, tylko ma zezowane szczescie z polskimi bialoglowami.  

Lele bardzo sie zainteresowala, juz sie uczy angielskiego. Nalezy do grupy narodowosciowej Zhuang, najliczniejszej w tej prowincji. Nigdy nie bylem swatkiem, ale charakterami powinni sie zgadzac, ona tez jest bardzo spokojna.

ogladnijcie na googlu jak one sie ubieraja na swoje festyny.

http://www.google.com/search?q=Zhuang+girl&um=1&hl=en&client=firefox-a&rls=org.mozilla%3Aen-US%3Aofficial&ie=UTF-8&oe=UTF-8&tbm=isch&ei=ku5ZT8e_FqKaiAfQs4zRDQ&sa=N&btnG=Search

No to co Bartek, juz sie pakujesz?

Jaki moral z tego dla tych ktorzy sa sami i wysylaja blagalne e-maile?

Mozna znalezc, tylko trzeba chciec. Oczywiscie nie wszyscy maja znajomych wloczylazegow jak ja, potrzeba wiec na to czasu i pieniedzy aby samemu poleciec na miesiac-dwa do Chin czy innego kraju i miec oczy wokol glowy zawsze otwarte, glowe tez. Wystarczy pojechac na wies, rozdac dzieciom pomarancze czy cukierki i popytac o starsze siostry.

Ten post jest jakby kontynuacja, wiec pewnie znowu dostane stos "zyczliwych" wpisow - haha -obiecuje wymazac je wszyskie. Niestety, cos jest nie tak z naszymi polskimi paniami, gdyz nawet znajomy Ukrainczyk, po odwiedzeniu Polski juz sie nie dziwi ze w Polsce jest tyle gejow.

Swiat nie konczy sie na Polsce, wszedzie mozna znalesc porzadnych ludzi, swoja druga polowe tez.

Amen.

Tagi