RSS
niedziela, 22 lipca 2018

Veni vidi vici, częsciowo tak, ale Buddha mnie ukarał, póżniej o tym. 

Mariazm już w Chinach, czekanie na smierć, a jam jeszcze nie gotowy. Nie ma co robić, dzieci rosną, do US jedziemy dopiero za dwa lata. Kacy zajmuje się urządzaniem domu, a sam siedzę jak na beczce prochu, już mnie nosi, więc do Myanmar, ostatni na tym świecie bastion wolności (i biedy chyba tez - to nie bieda, ludze nie głodują, mieszkają tylko prymitywnie). Oczywiście, mogę żyć głupio, durnie, pusto i wygodnie jak inżynier na emeryturze w hameryce, stać mnie na to i dużo  więcej, ale to mnie nie bawi, świat mnie nadal ciągnie.

Pojechałem prawie w ciemno, tam zakładać biznesy. Poznałem przez internet Birmańczyka który zna angielski i on odebrał mnie z lotniska i zawiózł do hotelu. Miałem swoje plany co i gdzie mam szukać, ale mój Birmańczyk zajęty, pracuje w turystyce i ponadto uczy angielskiego za mniej niż dolara za godzinę od głowy, więc nie miał dla mnie czasu. Trudno, sam szukam, odwiedziłem tylko jego rodzinę oddałem prezenty. Drogie prezenty i jak tłumacz sam twierdził że to za dużo, ale chciałem pokazać że jak się będzie starał potrafię być hojny, ale żadnych pozytywnych efektów, dalej leniwi. Przy okazji straciłem kilka dni czekając na jego obietnice spotkań ludzi z róznych rządowych biur, nic się nie zdarzyło, tylko obiecanki. Trzeba go będzie zostawić bo mało efektywny, ponadto nie można polegać na jego możliwych referencjach, gdyż on w turystycznym biznesie doi obcokrajowców - wg niego za dniówkę tłumacza powinienem płacić 70$, a to jest miesięczna pensja lokalnego na prowincji  (w stolicy 2 lath, czyli 200 000 kyats na miesiąc czyli 150 dolców to już OK pensja). Znalazłem innego Birmańczyka z którym można porozumieć się po angielsku, ten chce mieć dzienną pensję 10000 Kyat, tj 7 dolarów, dam mu więcej. 

Zobaczyłem więc ważniejsze atrakcje Yangonu, trzy dni wystarczą, trzeba sie wynosić. Największa atrakcja kraju to Bapan Ngpali, ale to 700 km, całą noc autobusem czy pociągiem, a teraz pada, nie ciągnie mnie tam teraz, póżniej odwiedzę, jadę więc nad ocean do Ngwe Saung Beach, to tylko 6 godzin autobusem.  

We wsi przy plaży gdzie zostawił mnie autobus, stado motocyklistów aby za 1000 Kyat zawiezc do hotelu, ale szybko wróciłem zobaczyc okolice i znalezc restaurację serwującą lokalne stwory morskie. Białych wcale nie widać, bez parasola ani rush. Kilku motocyklowych przewodników wcisnęło mi swoje wizytówki, jedna była po angielsku.  

Nastepnego dnia rano zamówiłem za 8000 kyat motocykl aby pojeżdzić po okolicy, ale cały czas leje. Co robić? zaprosiłem więc na śniadanie tego z kartki niech opowie co się dzieje w okolicy - pojawił się po 15 minutach okutany w peleryny, dla nich deszcz czy ulewa nie straszna.

Typowe myanmarskie śniadanie - placek z banana pieczony i wyglądający jak nasze placki ziemniaczane, trochę dżemu, kawa, można wytrzymać, wszystko za dolara. Pokazuję wiec swoje papiery, kopie z Google że w tym rejonie Ayeyarwady jest dużo lasów bambusowych. Otóż były, wycięte i zamienione na farmy kauczukowe. Lasy bambusowe są nadal bliżej Yangonu, 5 godzin motocyklem i jeśli chcę tam pojechać, to on mnie zabierze za 20 dolców. Bilet autobusowy kosztuje 7 dolców, niech mnie wiezie, za 3 dni jedziemy, on sam pochodzi z tamtej okolicy a nad morzem w okresie ulew zarabia tylko 5000-7000 kyat (4-5 dolców dziennie), tam mieszka jego rodzina. Fajnie się sklada, może coś dowiem się więcej.  

Jaka cena ziemi w okolicy? Mój tłumacz twierdzi, ze jest w drugiej wsi pół hektara nad samym oceanem za 100 tysięcy dolców - właściciel hotelu gdzieś tam zadzwonił i cena już jest 150 000. Dwa lata temu przyjechały dwie Chinki, nie płaciły tego co ktoś tam woła, poszły do lokalnego urzędu i kupiły wszystko co było do sprzedania w okolicy za dużo taniej. Okazuje się ze ziemia nie została zapłacona, tylko zostawiono małą zaliczke i spekulanci podbijają ceny. Spekulant czy lokalni nic tam nie zbudowali ani jeszcze nie zapłacili więc według prawa rząd zabrał i sprzedał za gotówke Chińczykom. Chińczyków dużo, podróżują stadami w chińskich autobusach z chińskim przewodnikiem, nocują w chińskich hotelach, żrą w chińskich restauracjach, dla lokalnych zostaje tylko nisko płatna praca i mało forsy, nic dziwnego że nie lubi się Chińczyków. Chińczycy  są  także niegrzeczni, wręcz aroganccy, poniżają i lekceważą lokalnych, typowa cecha nowobogackich. Kultura osobista dotrze do nich, ale na to potrzeba 1-2 pokolenia. Ponadto, odwieczna nienawiść biednych do bogatych, jak za Chmielnickiego w Polsce - Rznijcie drewnianą piłą tego pana wolno, to był dobry pan. 

Przestało lać, tylko siąpi, więc na rumaka i w drogę, filmy są na YT.

Najpierw jadę na północ – nad oceanem same resorty, teraz najczęsciej zamknięte, pora desczowa. Dalej kilka kilometrów betonowej sciany od strony oceanu, puste kilkanaście hektarów, czeka na lepsze czasu, dalej biedne wioski. Droga cementowa, ale nagle się kończy nad brzegiem rzeczki – dalej można wraz z motocyklem przeprawić się łódką, ale po co, tam pewnie podobnie albo gorzej, jadę więc na poludnie. Droga kilkaset metrów od brzegu bo nad brzegiem tylko duże, zaniedbane i teraz puste resorty, ale nagle droga się konczy, zaczyna się błoto, kałuże, dziury, a mój motocykl kaput, zdechł. Prędkościomierz nie dzałał, wskażnik paliwa też nie, nie sprawdziłem, miał być pełny bak benzyny, a jest pusty. Cóż, trzeba wracac z kilometr do najbliższego sklepiku, tam każdy sprzedaje benzynę po 1000 kyats za lit, i wracam, mimo że los kaze mi zawracać. Chcę dojechać tam gdzie być może będzie moje gniazdko z widokiem na ocean wsród gęstej zieleni.

Niestety, złośliwy Buddha nie zezwolił. Kilka dni wcześniej odwiedziłem jego leżącego, 66 metrów długi kolos, ale naprawiają go i jest za kratkami, więc przezwałem go wielorybem i się zemścił za to. Powiedzałem to pierwszemu tłumaczowi, a ten biedny puszcza dalej że to prawda, nie rozumieją żartów.  Może zrozumie, gdyż dzwonil, że jego tesciu także wywrocił się na motocyklu i prawie jaja  mu urwało i tam Buddha nie wsadzal swoich tłustych palców. Sobie tylko żebra naruszyłem, boli teraz paskudnie. Niestety, droga bardzo kiepska, miękka, a ja przyciężkawy i gdześ tam grunt nie wytrzymał po ciągłych deszczach i zjechałem do rowu. Motocykl cały, nogę polski skórzany sandał dobrze uchronił, ale żebra bolą. Jak sam nie mogę dojechać dalej, czy moi klienci będą chcieli się  tłuc? Tym bardzej, ze wokół dużo hoteli i resortów pustych i zaniedbanych, czyli za dużo pieniedzy nie zarabiają, budują także następne kolosy. Sam dam sobie teraz spokój z widokiem na ocean, jak bedzie mnie goniło to wynajmę gdześ nad oceanem willę ze służbą na miesiąc, co tam bede robił -trzeba skoncentrować się nad farmą bambusową.

Zawróciłem, w jednym sklepiku obmyłem się z błota, przeczekałem następną ulewę, wypiłem kokosa za 2 złote, bo jak pada, a leje często, gdzieś trzeba  się schować i powoli wracam do hotelu, już nie chcę jezdzić motocyklem po bezdrożach i  wertepach.

Trzeba się zbadac czy coś tam w środku nie pękło, ale na wsi nie mają rentgena, dopiero w stolicy, 245 kilometrów. Poczytalem na googlu że nawet złamane żebro byle nie otwarte złamanie, goi sie samo, lekarz nic nie pomoże, więc się wynoszę do Chin i tam będę się kurował. Za 45 dolców zmieniłem bilet na wcześniejszy. Przetrzymam więc te dwa dni na powrót motocyklem, powłóczyłem się tylko po tej wsi i znalazłem dobrą restaurację z ośmiornicami, rakami, krabami, dawno tak nie jadłem, a dania tanie, około 3-5 dolarów, biorę więc dwa różne, nie wykończe wszystkiego, zabieram jedno do hotelu na póżniej.

Spotkałem, mieszka tam od lat jeden biały, Andy z Niemiec, wsiąkł tam i już jest szcześliwy. Chciałem zaprosić na piwo, nie dał się.

Mój motocyklista przyjechał o 6-tej rano, przygotował tez dla mnie pelerynę, jedziemy.  Niekiedy pada, niekiedy leje, ale jedziemy, w pół drogi przestało i zdjeliśmy peleryny. Nie należałó to do przyjemności, dupa boli po nierównej drodze a ja jeszcze z bolącymi żebrami. Widać już lasy bambusowe, te duże także, 30-metrowe, 20 cm grube, Dendrocalamus Asper, są, tak jak piszą w moich książkach.

Moj kierowca-tłumacz zaprosił mnie do domu rodziców. Szałas na palach, nie dom, ale przed wejściem trzeba zdjąć buty, taki wszędzie zwyczaj. Mieszka tam 14 osób, a gdzie spią? – pokazują tutaj, na podłodze, tylko kładzie się bambusowe maty. Bieda że aż żal dupę ściska, dzieciaków kilka ja żadnych prezentów, nie wiedząc nawet nie kupiłem im owoców. Wypróżniłem więc swoją torbę i oddałem co mogłem – chińskie zupki, scyzoryk, latarkę, jedno jabłko, jakis napój, kawę, kosmetyki, bez tego wyżyję i dojadę do Chin. Bieda ich  nie martwi, nie widzą swojej sytuacji, przyzwyczaili się, oni chcą byc tylko szczęśliwi. Chińscy producenci narzekają na Birmańczyków że jak dostanie pensje czy trochę grosza to nie przychodzi do pracy przez kilka dni, przecież dzisiaj nie będzie głodny, lepiej popic herbatkę i pogawędzić.  Skąd się wzieło w Polsce powiedzonko że chłop mi się rozbisurmanił, czyżbyśmy zleżli z jednego drzewa albo nasze pieczary były w sąsiedztwie?

Sam do hotelu, nastepnego dnia rano o 9-tej kierowca zawiezie mnie na przystanek autobusowy. O 9.30 dzwonię, on jeszcze spi bo celebrowali noc wcześniej, dostali także butelkę chińskiej brandy, ale dojechał.  Mielismy odwiedzić lokalne urzędy gdzie jest jakas opuszczona i tania ziemia do kupna lub do 50-letnego wynajmu – niestety, odkładam na póżniej, teraz nie będę się włóczył z bolącymi żebrami.

W Yangon zdążyłem jeszcze odwiedzić moje anglojęzyczne dziewcze, zostawiłem prezenty i powiedzałem że ma czekać na mnie, za miesiąc wracam. Czy będzie? nie wiem, ona także ceni najwyżej szczęście, a to, że bez butów, bez pieniędzy i bez telefonu to nie ma znaczenia. Byłoby szkoda dziewczęcia, młode to jeszcze i głupie, a może wyrosnąć z niej mądra kobieta.

Nie było bezpośrednich samolotów do Kantonu, leciałem nocnym z przesiadką w Hong Hongu, rano w poniedzałek byłem już w domu i szybko do lekarza, Na migi wytłumaczyłem co się zdarzyło, bo Kacy w Pekinie i zrobili mi za 290 RMB serie zdjęc, Są tam jakies rysy na żebrach, nic strasznego, ale boli. Dostałem przeciwbólowy  huayuzhentongjiaonang oraz Jintiange Capsules - Bionic Tiger Bone Powder) for bone and joint diseases. Za leki zapłaciłem 117.50 rmb, no i się kuruję, za miesiąc wracam do Myanmar.

Cała wycieczka kosztowała mnie trochę mniej niż 1100 dolców, w tym już kilkaset na prezenty, lot, hotele, nowy lokalny telefon, kurowanie się oraz kilka butelek whisky. Najtańsza kosztuje tam już 2 dolary za 0.7 litra, podobno originalna szkocka to 6-7 dolarów, raj dla pijakow. Będę miał duży dom, powiniem być także duży barek. Po powrocie już zdążyłem zalać 5-ma litrami dobrym 40-procentowym alkoholem kilka kg żółtych sliwek, ma to stać conajmnie 3 lata.

Małe złośliwe spostrzeżenie. Tamtejsze chłopy pewnie babieją. To że noszą swoje spódnice, taki zwyczaj, też mam swoje longyi (sarong, lungi), ale potrafią odwrócić się, ukucnąć i coś tam zrobic, czyżby siusiu, jak kobitki na wsi?

 


 

 

(Huayu analgesic capsule function

Promote blood circulation and relieve pain

The main ingredients of Huayu Zhentong Capsule

Sanqi, Dragon's blood, myrrh, frankincense, Yanhusuo, natural copper (system), peach kernel, safflower, scutellaria, dandelion, rhubarb, soil mites.


Tagi: burma Myanmar
07:35, bialychinczyk
Link Komentarze (26) »
niedziela, 08 lipca 2018

Co można robić w tym kraju?

Dość zacofany i brudny ten kraj, jak Chiny 20 lat temu. Otwierają się na świat, jak Chiny, ale będą mieli większe problemy - sałatę i pomarańcze może każdy sprzedawać na ulicy (są tam jakieś opłaty za to bo widzałem oficjeli z bloczkami), ale warzywniaki nie ruszą kraju do przodu. Kto pamięta polski handel uliczny z metalowych łóżek? Chiny na początek miały ogromną armię expats z Hong Kongu, z Tajwanu i z całego świata i to z forsą którą przywieżli do Chin, nie slyszalem aby Myanmar miał takie zaplecze. Ponadto, nadal mnóstwo przepisów, zakazów. Obcokrajowcy mogą już kupować mieszkania, mogą też budować na spółkę z jakąś lokalną firmą, ale posiadanie ziemi jest ograniczone tylko dla lokalnych, obcokrajowcy mogą ją tylko wynająć na 50-70 lat. Chińczycy z Mandalay znależli już na to sposób i jakoś załatwiają sobie birmańskie obywatelstwa i wtedy mogą kupować co tylko chcą co też doprowadziło do dużego wzrostu cen gruntów w Mandalay, co się oczywiście nie podoba lokalnym. 

Widac brak forsy i większych inwestycji w tym kraju. Drogi nawet w stolicy dość kiepskie, dużo domów zaniedbanych, ruder, ale także dużo się buduje - nie jak w Chinach gdzie buduje się nowe miasta czy dzielnice, ale tylko jak grzyby w rosole - i tu i tam budowane metodami chałupniczymi, na oszczędność. Odwiedziłem dom mojego tłumacza na obrzeżach miasta - mieszka z żoną, z synem, z bratem i z rodzicami jakby w XIX wieku w chlewiku, ale za płotem sąsiad wybudował 7-piętrowy blok z mieszkaniami na wynajem albo na sprzedaż. Cena wynajmu mieszkania w bloku poza centrum to około 200-250$ miesiecznie, kupna około 200$ za m2, ale blisko centrum to już conajmniej 700$ za m2, nadal dużo taniej niz w Chinach czy w Tajlandii. Zresztą w ciągu kilku dni można zobaczyć wszystkie atrakcje stolicy i co dalej robić? - najlepiej wynieść się gdzieś poza - do Bagan czy nad morze, ale to ostatnie nadal pozostaje niezbyt rozbudowane turystycznie. Myanmar jeszcze nie oferuje atrakcji jak z Kambodzy czy z Tajlandii, Bangkoku czy z Patajii, dlatego też jest dużo tańszy, to z czasem zmieni się.

Lud jakoś próbuje wiązać koniec z końcem, co krok to jakaś garkuchnia czy stragan aby coś tam zarobić. Serdeczny, uczciwy, usłużny i pracowity naród, oczywiście oprócz części taksówkarzy którzy wołają TYLKO 2X więcej za kurs, być może gdyż taxi nie jest droga bo za 2-3 dolary to jedziesz z pół godziny. Dojazd z lotniska do centrum, chyba 18 km ale trzeba liczyć godzinę bo dużo samochodów i bardzo nierówne szosy, kosztuje 10 000 Kyat, około 7$. Autobus czy pociąg chyba tylko 200 Kyat, tj 50 groszy, komunikacja miejska jest też za 200 kyat za kurs, mnisi jeżdzą autobusami za darmo, a jest ich dużo, łażą stadami po mieście i zbierają jedzenie i datki.

Jest problem poruszania się po tym kraju. W stolicy Yangon wzorem chińskich miast wyrzucono wszystkie riksze, tuk-tuki i motocykle, pewnie powodowały za dużo wypadków. Można się przemieszczać tanimi autobusami - jest ich dużo, rowerami albo taxi. Poza miastem to autobus albo pociag. Bilet na pociag sypialny do Bagan, 700 km i 17 godzin, raz dziennie o 16.00-tej kosztuje 80 dolców, bilet trzeba rezerwować kilka dni wcześniej i w porze deszczowej poza sezonem jak teraz, pada codziennie i to kilka razy ostro, tylko są miejsca siedzące.  Są samoloty, ale sam chcę poznać kraj a nie ichniejsze niebo. Mozna wynając samochód, 40$ dziennie, ale musisz mieć przewodnika i za niego też płacić. Oczywiście, to nie jest przestrzegane, ale jednak. Aby coś poznać muszę mieć własny samochód, najlepiej 4x4, i to nie starszy niż 2015, takie przepisy, starszego nie zarejestrują.  W stolicy, w Yangon są limity rejestracji i tablica kosztuje 7000$, nie jest mi to potrzebne, trzeba rejestrować auto na prowincji. Po powrocie do Chin mam takiego znaleść, kupić i zawieść na granicę Chiny-Myanmar, stamtąd zabierze mój tłumacz i zarejestruje na swoje nazwisko - jak zarejestuję firmę w MM to wtedy przerejestruję na siebie. Obcokrajowiec nie może przekraczać granicy w Ruili-Muse, będę musiał wracać do Kunming i brać samolot do Mandalay, stamtąd zabierze mnie tłumacz i zawiezie do Yangon. Rejestracja firmy w Myanmar to pestka, poniżej 1000 dolców jak sam robisz, adwokaci z angielskim wołaja prawie 20 000$. Już odrobiłem część swojej pracy domowej i mam dużą tekę co-z czym -jak-gdzie? Dużo większe problemy niż w Wietnamie, Kambodzy czy w Tajlandii.

To tylko góra problemów aby zacząć działać w tym kraju. Inaczej, nie ma problemów, rozwiązywanie ich to moja pasja i specjalność, nie święci garki lepią. hahaha.

Jedzenie w MM jest tanie. W restauracji mojego 3* hotelu w centrum miasta cena obiadu oscyluje w okolicy 3 dolarów, czyli 10 złotówek, na ulicy główne danie to poniżej dolara. Pokój ze śniadaniem, klima i internet bez ograniczeń to 15 dolców za dobę, można znależć tańsze, a łózko w hostelu to już od 4$. Sam na obiad z ulicy wziołem kilka przystawek więc było 3100 kyat, i tak wszystkiego nie zjadłem. (Cholera, było za ostre, muszę się czegoś napić. Na całe szczęście przywiozłem kilka butelek swojej 50% whisky to się podleczę).  Na prowincji jeszcze taniej. Jechałem lokalną ciuchcią gdzie roznoszą żarło - dziewcze się uśmiechało zalotnie więc kupiłem jej, sobie i jej matce lokalne danie, do wyboru z wózka - 3 posiłki kosztowały mnie 900 Kyat, trochę więcej niż 2 zlote za wszyskie 3. Przekąski, które sprzedają na ulicy to 200-1000 Kyat, 0.50-2.50 zlotych. Niestety zarobki też są dużo niższe - minimalna pensja to 68 dolarów miesięcznie, w stolicy profesjonaliści z angielskim zarabiają 300-500$ miesiecznie. Mój tłumacz uczy angielskiego poza normalną pracą za poniżej dolara za dziecko na godzine. 

Co mnie tutaj przywiało?

Chiny jakoś pracuja, ale urzędasy ścigaja moich podnajemców że brudzą i w każdej chwili mogą zamknąć ich produkcje. Więc nim znajdę nowych sam mogę na kilka miesięcy zostać na lodzie z 5 milionami długów w niewykończonym domie, więc dzieci i żonka na bruk, muszę myśleć na przyszłość i nie trzymać wszystkich jajek w jednym chińskim koszyku. W Polsce dupa nie business, Chiny stają się coraz bardziej urzędnicze, "cywilizowane k.mać", w Birmie czy jak brzmi nowa nazwa kraju Myanmar jeszcze istnieje namiastka wolności, jak w Chinach 20 lat temu.

Także, bez względu na wiek nadal trzyma mnie pasja włóczykija, chęć poznania czegoś nowego, a także stworzenia czegoś nowego, nie tylko stadka potomków. O tym ostatnim także nie zapominam.

Ludze z YT pytają się jakie w MM cena qrfów i Czy tamtejsze kobitki lecą na milionerów? 

Na pierwsze pytanie szybka odpowiedz - nie wiem, nie korzystam z ich usług, nie łażę po barach, z 10 metrów rozpoznam te panienki, nie interesuja mnie, wolę takie, które jeszcze nimi nie są, a chciałyby być, ale nad takimi trzeba trochę popracować. Mam nadzieję że uda mi się znależć i uchronić kilka aby nie wpadły do kurwidołka, bo z rury jest bardzo trudno zejść na ziemię.

Szukaj więc sam swoich qrfów.

Drugie pytanie.

Kobitki, czy jaki przedział wiekowy, takie 25-30? Czy też baby, po 30-tce - Azjatki w tym wieku już sie szybko starzeją mentalnie i fizycznie, zostawmy je rolnikom i inżynierom z Ameryki. Jestem w tym wieku, ze interesują mnie tylko dzierlatki, dziewuszki, kwiatuszki, słoneczka i aniołki, ale w legalnym wieku. Dlaczego by nie? Wzorem starych polskich zwyczajów, biedny szlachciura przyjeżdzał po latach wojen i bitew strasznie poobijany i pokiereszowany, kupował kilka wsi, żenił się z 16-letnią córką sąsiada, zostawał hreczkosiejem, płodził siedmiu męskich potomków a razem z córkami to miał tuzin pociech i zył długo i szczęśliwie. Czasy się zmieniły, nowe warunki, ale zwyczaje i tradycje pozostają. 

Zaczepiany byłem kilka razy przez małolatki, takie 17-20, nie wyglądają na panienki na czasowy godzinny wynajem, takie drugi sort. Pytam swojego tłumacza co zaś? Otóż szukają kontaktów z białasami, gdyż jeśli on przyjechał do tego kraju, to pewnie jest bogaty, bo one nigdy nie będą mogły pojechać do twojego kraju. Podobnie było w Polsce za komuny. Byle bezrobotny Włoch czy Arab, ale bez kopyt, zabierał najładniejsze Polki, polscy kawalerowie i narzeczeni byli odstawiani, czyli jesteś w pozycji biednego Włocha czy innego innostrańca.

Niekiedy widać na ulicy starszego białasa z lokalną panienką, jednak o wiele rzadziej niż w Tajlandii czy w Kambodzy. Ale te panienki to już nie drugi sort, ale pewnie 4-5-ty, chociaż młode. Po jej postawie i gębie już z daleka widać, ze facio ściągnął panienkę z rury z baru, przecież ona z charakteru zawsze pozostanie rurą. Widziałem Polaków Na Filipinach, w Wietnamie czy w Tajlandzie, którzy mają za żony takie panienki, ich wybór i być może będzie zgrzytanie bezzębnych dziąsek, może nie teraz, może nigdy, ale może kiedyś. Czyż nie mądrzej byłoby znależć jakiegoś młokosa, ktora jest na tyle mądra że wie że ten świat nie jest pokryty różami?. Znawcy tematu twierdzą że młody narybek w Tajlandii czy w Kambodzy najpierw chce tylko młodego który zakocha się w niej i zabierze do hametyki. Po roku pracy na rurze KAŻDA wybiera starszego, pewnego, opiekuńczego, bo młodzi to tylko pobawić się, pociupkać i następna pod nóż. Oczywiście, na znalezienie takiej potrzeba czasu, pieniędzy i Twoich chęci aby młokosowi wytlumaczyć że rura to nie jest sposób na życie. Po kilku latach życia z taką nauczysz ją życia, angielskiego i jak będzie chciała, znajdziesz jej odpowiedniego męża, Zresztą jak jesteś porządny gość nie będzie chciala cię zostawic. Nie masz forsy na to? Co więc do k. nędzy robiłeś w swoim życiu że nadal nie jesteś panem swojego losu?

Piszę z pozycji faceta, oszołoma, wariata, ale świat idzie do przodu tylko dzięki takim. To samo może dotyczyć kobitek czy bab, jeśli doprowadziły swój żywot do tego stanu, że są paniami swojego życia. Młodych, chętnych, pracowitych i ładnych chłopaczków jest na tym świecie dużo więcej niż aniołków świecie i łatwiej ich znależć niż znalezienie naszego serduszka.  

W Azji coś się dzieje, tutaj jest zycie, widzę przyszłość bo w Hameryce, w Europie czy nawet w Chinach to już tylko czekanie na smierć, a bezczynność katrupi mnie.

Już jest na YT 8 filmów z MM

 

 

https://www.youtube.com/watch?v=gpXsW1vFMug&t=103s

 


 

 

Tagi